Kurt Vonnegut - życie, twórczość i ...



Kim jest mądry ów człowiek
  Jak o Kurcie Vonnegucie w Polsce pisano
  Jak Asia z Krzysiem przekładali to, co o Kurcie Vonnegucie w Świecie pisano
  Co nie zmieściło się wyżej, a przeczytania warte
  Krynice mądrości, z których Asia z Krzysiem materiały do tej strony czerpali a i inne miejsca zobaczenia warte
  Kim są Ci mądrzy ludzie...;-)
  Miejsce na peany pochwalne...
Notatnik amerykański
Zbigniew Bieńkowski
"Twórczość" 5/72, str. 135-137.

Wstyd przyznać, nie tylko nie czytuję, ale nawet nie uważam za dziedzinę literatury utworów science fiction. Kartkuję np. Lema, ziewam i dziwię się, jak długo można się tak wygłupiać. Może to nie tyle kwestia gustu, co kwestia wieku. Przecież zachwycałem się przed przeszło trzydziestu laty Wellsem, jeszcze wcześniej Jerzym Żuławskim i Jules Verne'em. Może ta niechęć i ta złość biorą się z tego, że dzisiaj pomysły science fiction wydają mi się mniej pomysłowe od rzeczywistych możliwości. Albo też z tego, że to, co było przed wiekiem czy pół wiekiem bezinteresowną sprawą wyobraźni, a więc autonomiczną domeną literatury, dzisiaj stało się kalkowaniem wyobraźni naukowej. Z pewnością jestem w tej niechęci i tej złości odosobniony, bo przecież miliony zaczytuje się na świecie Lemem, pisarzem nawet poczytniejszym niż Wells w swoim czasie. Aż przyszła kryska i na mnie Matyska. Natrafiłem i ja na science fiction, która mnie zachwyciła. Co prawda nie czysta to science fiction i nie czysty to traf. Autor jest w jakimś sensie moim krajanem. Otarłem sie bowiem o to samo - słynne już w świecie literatury - miasteczko amerykańskie, Iowa City, w którym i on przebywał, pisał i wykładł.

(Iowa City w stanie Iowa ze swoim Uniwersytetem dzięki szkole pisarskiej funkcjonującej przy tym Uniwersytecie staje się powoli znakiem rozpoznawczym, trade mark literatury. W wielu już książkach, powieściach, szkicach pisanych na całym świecie, poświęconych Ameryce i nie poświęconych Ameryce, jawi się ta Iowa City albo jako miejsce akcji, albo jako aluzja do jakiegoś wydarzenia, albo ni w pięć ni w dziewięć, dla samego wywołania zdumienia czytelnika. Bo przecież w ciągu lat już bez mała dziesięciu przewinęło się przez istniejącą tam szkołę pisania i przez międzynarodowe studium literackie ładnych kilka setek przybyłych z całej Ameryki i całego świata powieściopisarzy, krytyków, eseistów, których zaprosił lub znęcił tam poeta Paul Engle, uroczy człowiek i entuzjasta bezpośrednich literackich kontaktów międzyludzkich. Wpisuję tę - nie całkiem zresztą od rzeczy - dygresję, by chociaż w ten sposób powitać i mojego także protektora, który właśnie w maju, kiedy się ten Notatnik ukaże, będzie wraz ze swoją uroczą małżonką, znaną powieściopisarką chińską, Miss Hua Ling Nieh, gościł w naszym kraju.)

Tym autorem, który mnie tak przekonał do science fiction, jest znany już także i u nas dzięki przełożeniu (przez Lecha Jęczmyka) powieści Cat's cradle (Kocia kołyska) Kurt Vonnegut Junior. Podczas mojego pobytu w Iowa City nazwisko to było dosłownie na ustach wszystkich moich znajomych. Jedni wspominali go jako wykładowcę w klasie beletrystyki, inni mówili o nim z podziwem, szacunkiem lub śmiechem. Ale mowili wszyscy. Gdy się dopytywałem o szczgołowe cechy jego twórczości, wymieniali dwie: humor i science fiction. Nie pociągało mnie ani jedno, ani drugie. Od science fiction uciekałem jak diabeł od święconej wody. A humor współczesnej amerykańskiej literatury miałem się dopiero nauczyć odbierać. Ograniczałem się wtedy do lektur zasadniczych, ciężkich, solidnych. Funny - nie było jeszcze dla mnie referencją zaufania. I dopiero gdy się nią stało, sięgnąłem po Vonneguta. Sięgnąłem od razu po najlepszą Jego książkę, która się właśnie ukazala, po Slaughterhouse five (Rzeźnia nr 5). Nad tą książką autor pracował jeszcze podczas swego pobytu w Iowa City. Na ślad Iowa City (nie jedyny) trafia się zresztą już na wstępie powieści: "Przez następnych kilka lat prowadziłem zajęcia w znanym Studium Autorskim przy University of Iowa, Wpadłem tam w pewne zupełnie cudowne tarapaty, ale wybrnąłem z nich jakoś. Zajęcia miałem po południu. Przed południem pisałem i nie wolno mi było przeszkadzać. Pracowałem nad swoją słynną książką o Dreźnie" (cytuję ten fragment z gotowego do druku i udostępnionego mi przekładu Lecha Jęczmyka).

Nie udało mi się rozszyfrować cudowności tych tarapatów, choć się ich trochę domyślam. Ale nie to jest ważne. Zacytowane zdanie ukazuje już bezpośredniość stylistyczną książki Vonneguta, która jest jednocześnie dziennikiem autora i marzeniem narratora, relacją i fantazją, bezpretensjonalnym śmiechem i patetyczną łezką. Sam Vonnegut tak swoją książkę w tej swojej książce określa: "Jest to książka rozwichrzona i bełkotliwa, bo trudno jest powiedzieć coś mądrego na temat masakry. Wszyscy powinni być zabici, nigdy już nic nie mowić ani nie pragnąć. Po masakrze powinna zapanować wielka cisza i rzeczywiście jest cisza, którą naruszają tylko ptaki. A co mówią ptaki? To, co można powiedzieć na temat masakry: It - it?" (także przekład Lecha Jęczmyka).

Rzeźnia nr 5 czyli krucjata dziecięca to relacja z bombardowania Drezna przez samoloty alianckie w lutym 1945 r. Było to bombardowanie odwetowe, w którym zginęło przeszło 136 tysięcy ludzi (więcej niż w Hiroszimie i Nagasaki razem). Jeszcze jeden cytat prezentujący cel autora: "Napisał Kurt Vonnegut, Amerykanin pochodzenia niemieckiego (w IV pokoleniu), który obecnie żyje w dobrych warunkach na półwyspie Cod (i pali zbyt dużo papierosow), a kiedyś jako zwiadowca amerykańskiej piechoty hors de combat został wzięty do niewoli i był świadkiem bombardowania Drezna, zwanego dawniej Florencją nad Łabą, i przeżył aby opowiedzieć to, co widział. Powieść przypomina telegraficzno-schizofreniczne utwory Tralfamadorii, planety, z której przylatują latające talerze. Pokoj z wami".

Powieść Vonneguta zrodziła się z intencji publicystyczno-reporterskiej. Podobnie intencją Kociej kołyski było odtworzenie drogą fikcji powieściowej wyprodukowania i użycia pierwszej bomby atomowej. Dla zrealizowania tej intencji - dotarcia do prawdy rzeczywistej - Vonnegut posługuje się metodą science fiction. Zastosowanie science fiction jest więc nietypowe. Fantazja naukowa nie jest u Vonneguta celem samym dla siebie, nie jest zabawą w zgadywanie przyszłości, grą naukowej wyobraźni. U Vonneguta fantazja naukowa stanowi odbicie albo konsekwencję rzeczywistych spraw, rzeczywistego tragizmu w rzeczywistym świecie.

Billy Pilgrim, bohater Rzeźni nr 5, alter ego narratora, amerykański żołnierz-oferma w niewoli niemieckiej, jest jakby poćwiartowany psychicznie po przeżyciach bombardowania. Wszystkie czasy jego życia funkcionują równocześnie. Przeszłość, przyszłość teraźniejszość schodzą się i rozchodzą jak przypadkowe pary, bez żadnego rygoru. Billy żyje rozkojarzony w czasie. Kosmiczna fałda czasu odkrywa go i nakrywa. Może się na latającym talerzu przenosić o miliardy lat świetlnych na fantastyczną planetę Tralfamadorię, by powracać na ziemię, ku utrapieniu rodziny i znajomych, chłopcem, młodzieńcem, żonatym, sierotą, ojcem, wdowcem, optykiem, żołnierzem. Metoda science fiction została zastosowana jako ustawiczny żart. Aż szkoda czasem. Trafiamy na bardzo inteligentne pomysły myślowe, mające niekiedy zarysy fantastyczno-naukowej filozofii, pomysły z ziemskim czasem ciągłym i tralfamadoriańskim czasem serialnym czy pointelistycznym, gdzie liczą się tylko momenty, statyczne syntezy szczęścia... A wszystko to jawi się i niknie jak dobry żart. Vonnegut uroczo nie bierze nigdy siebie na serio. Jest maksymalnie funny. Aż szkoda czasem. Daje mu to rangę humorysty, humorysty czarnego, i ta ranga, niestety, mu wystarcza. Nigdy nie będzie klasykiem, nigdy nie będzie znakomitym pisarzem. A przecież mógłby. Żart go ponosi, tzn. wznosi i przytłacza jednocześnie. O niejednym się mowi, że dla udanego żartu zamordowałby własnego ojca. Vonnegut dla żartu zabija w sobie pisarza. Manipuluje swoimi bohaterami jak pajacami. Ciągnie za sznurki z całej siły, aż do zerwania. Wszystko jest u niego karykaturalne. I sytuacje, i ludzie. Karykaturalne są śmierci i karykaturalne są życia. Karykaturalny jest więc tragizm budzący śmiech, wcale - i tu jest sukces Vonneguta - nie przestaje być tragizmem. Odwrotnie, nabiera humanistycznej pełni. Jest przekonywający niepatetycznie.

Fantastyczno-naukowy żart kosmiczny czerpieśmiech z powikłań rzeczywistych. Śmiejemy się z przygody Billego Pilgrima. Ale do czasu. Śmiejemy się, gdy porwany przez przybyszy z Tralfamadorii żegluje na latającym talerzu w kabinie umeblowanej sprzętami ze sklepu Searsa i Bobbocka z Iowa City. (Znowu ta Iowa! Billy porwany był w Ilium, w stanie Nowy Jork, ale meble miał z Iowa City.) Śmiejemy się, gdy ulokowany w luksusowej klatce w tralfamadorianskim zoo jest atrakcją dla mieszkańców tej pomysłowej planety. Śmiejemy się razem z tralfamadoriańskimi widzami, gdy na tapczanie z Iowa City doznaje szczęścia kopulacji z porwaną dlań, także z Ziemi, sex bombą Montaną Wildhack. Ale następuje moment, gdy ten śmiech pusty napełnia się rzeczywistą treścią. Billy Pilgrim, jedyny uratowany pasażer z wypadku samolotowego, po ciężkiej operacji mózgu, chwiejący się na nogach rekonwalescent, kartkuje w księgarni specjalizuiącej się w porno wystawioną tam przypadkowo książkę science fiction, której akcja toczy się na dalekiej planecie Cyrkon 212. Ogląda potem w jakimś pornomagazynie Montanę Wildhack w całej jej nagiej okazałości. Pojmujemy, że fantastyczna przygoda planetarna jest odbiciem rozkojarzonej, poćwiartowanej na kawałki psychiki bohatera. Czas życie Billego Pilgrima przestał rzeczywiście być czasem ciągłym. Jest zbitką momentów statycznychk które jak klisze wyświetlaja dłużej lub krócej poszczególne fakty, zdarzenia z jego egzystencji w przypadkowej kolejności. Klisza wyświetlająca bombardowanie Drezna pojawia się stale jak przerywnik. Wizja grozy wojennej, nieszczęścia tysięcy, sponiewierania milionów jest w swojej statyczności agresywna. Nie mija. Wpada pomiędzy rózne odmiany czasu, pomiędzy różne odmiany żartu rzeczywistego i żartu fantastyki. Albo jest ich tłem.

Science fiction Vonneguta to nie jest więc czysta science fiction. To science fiction stosowana, powiedzą może ortodoksyjni wielbiciele tego gatunku. Dla mnie jest to pierwsza współczesna science fiction, która jest literaturą.

Gdyby nie ten humor w nadmiarze. Ale przecież nie jestem przeciwnikiem humoru, białego czy czarnego. Gdyby przecież nie ten humor w nadmiarze, Vonnegut nie byłby tak czytany, tak rozrywany. Ale ten humor mimo wszystko jest kosztowny. Dlatego, że jest taki bezinteresowny, taki sam dla siebie. Na mój gust wolałbym, aby to był - tak jak science fiction - humor stosowany. Co prawda Vonnegut nie byłby wówczas tak popularnym pisarzem, Ale za to byłby, myślę, pisarzem znakomitym.

Skrzynka Asi Skrzynka Krzysia

Wszelkie pochwały, peany i zachwyty, a także propozycje współpracy prosimy zamieszczać w Księdze Gości lub przesyłać bezpośrednio do Aśki lub Krzyśka.

Strona Główna   Powrót