Kurt Vonnegut - życie, twórczość i ...



Kim jest mądry ów człowiek
  Jak o Kurcie Vonnegucie w Polsce pisano
  Jak Asia z Krzysiem przekładali to, co o Kurcie Vonnegucie w Świecie pisano
  Co nie zmieściło się wyżej, a przeczytania warte
  Krynice mądrości, z których Asia z Krzysiem materiały do tej strony czerpali a i inne miejsca zobaczenia warte
  Kim są Ci mądrzy ludzie...;-)
  Miejsce na peany pochwalne...
Groteska katastroficzna
Jacek Wojciechowski
"Miesięcznik Literacki" 2/73, str. 126-127
rec. "Rzeźni numer pięć"

Powieściom łączącym wojenne realia z tonacją groteski prawie zawsze towarzyszy atmosfera skandalu lub nawet groźba powszechnej anatemy. Zwłaszcza kiedy mowa o najkrwawszej z dotychczasowych wojen. I można sobie powtarzać do woli, że funkcja ilustratywna jest ostatnią, jekiej należałoby oczekiwać po literaturze. Że odtwarzanie po prostu nie wchodzi w zakres jej obowiązków. Mozna również zżymać się na llekturę dosłowną jako na zbyt prostoduszny, mizernie ubogi sposób czytania. Oczywiście racja, ale racje i zwyczaje niekoniecznie wędrują tą samą ścieżką.

Dlatego i Rzeźnia nie uniknie chyba oskarżeń o szarganie świętości. Czarnym humorem, bezwzględną, totalą ironią także wobec wojny przerasta przecież wszystko, co znamy - zarówno Haskowe kpiny, jak i gorzki sarkazm Bolla (Opuszczenie oddziału). Tym razem krzywe zwierciadło absurdu nie oszczędza już niczego i nikogo; wypełnia je bez reszty karykaturalny korowód pajaców.

Swoją drogą wątpliwe, czy dla podobnej groteski jakikolwiek Europejczyk mógłby wybrać taką akurat scenerię. W tym zakątku świata pewne wydarzenia z lat wojny mają rangę symbolu i ta symbolika stała się niejako cząstką mentalności, znakiem szczególnym, świadectwem miejsca urodzenia. Więc, żeby spojrzeć na nie inaczej, może właśnie potrzeba dystansu Iowa City lub Indianapolis ? Dystansu - nawet nie samego autora, w końcu żołnierza, jeńca i świadka nalotu na Drezno. Ale dystansu odbiorcy, dla którego powieść powstała.

Kurt Vonnegut, urodzony w 1923 roku amerykański pisarz niemieckiego pochodzenia, cieszy się w USA ogromnym wzięciem. Nic dziwnego. Wydaną u nas przed kilkoma miesiącami Kocią kołyskę, a jeszcze bardziej Reźnię czechuje znakomita fabularność, z lekturowego punktu widzenia zawsze wielce atrakcyjna. Utrzymana w doskonałym tempie, potoczysta narracja roi się od błyskotliwych pomysłów konstrukcyjnch, które nawet stereotypowym epizodom nadają zaskakująco oryginalny kształt. Ponadto cały tekst tonie w nieprzebranym morzu dowcipów. Rejestru lekturowych zalet dopełnia zaś konwencja w stylu science fiction, dawkowana z umiarem i co ważniejsze - w Rzeźni wyjątkowo funkcjonalna.

Zapewne właśnie dla owej dbałości o czytelnika G. Green - sam konsekwentnie wierny jej zasadom - wystawił Vonnegutowi tak znakomite świadectwo (o czym wspomina nota wydawcy. Chociaz można dyskutować, czy rzeczywiście nie ma w USA wybitniejszych pisarzy.

Vonnegut jak na wyrafinowane gusty, wydaje się zbyt bezpośredni, za mało finezyjny; eliminując wszelkie światłocienie, nadużywa grubej jednoznacznej kreski. Jego pisarstwo trąci publicystyką, a dowcip z reguły bywa rubaszny, chętnie zmierzający ku obscenom. Mimo wszystko jednak jest to pisarstwo wysokiej próby, o czym Rzeźnia świadczy najlepiej.

Przypuszczam, że naczelną intencję powieści stanowi prowokacja, wielkie wyzwanie. Dlatego autor nie poprzestaje na parodii, na przedrzeźnianiu wybranych zjawisk negatywnych, lecz stara się ten najdoskonalszy ze światów w ogóle wyzuć z sensu, sprowadzić do całkowitego absurdu. Stąd też owa skrajna, niejako ekstremistyczna deformacja, której humor wcale nie łagodzi, a wręcz przeciwnie - potęguje.

Jest to zresztą humor wisielczy. Skoro, według zgrabnego porównania, życie ma przypominać wyrok, odsiadywany bezterminowo w piekielnej machinie (takie unowocześnione dyby), wobec tego śmiech okazuje się jedynie mozliwą reakcją. W tej sytuacji bowiem jakiekolwiek działanie w najmniejszym stopniu nie wpływa na kształt przyszłości ani teraźniejszości.

Tak więc, za sprawą autorskiej przekory, postawa konstruktywna nie ma żadnych szans w rywalizacji ze ślepym przypadkiem. Oto jako pierwsi giną akurat wytrawni zwiadowcy. Dziarski Weary nabawia się w końcu gangreny. Trudów trudów transporu nie przetrzymuje właśnie najcwańszy, stary włóczęga. Natomiast superoferma, zwariowany Billy Pilgrim, wychodzi ze wszystkiego obronną ręką. A i potem, także bez szczypty osobistego udziału, egzystuje wcale nie gorzej, obdarowany przez los bogatą żoną, cadillakiem oraz dochodowym interesem. Zatem życie byłoby poniekąd opowieścią idioty, tyle, że zamiast wrzasku i furii, pełną humorystycznej obojętności.

Vonnegut nieprzypadkowo odwołuje się do wojennej scenerii, centralnym momentem powieści czyniąc fakt - którego zresztą był naocznym swiadkiem - tyleż krwawej, co, co bezmyślnej, nikomu nie potrzebnej masakry Drezna. Według niego, właśnie wojna stanowi klasyczny przykład absurdu, w najbardziej okrutnym, paranoicznym stadium. Wojna smarkaczy i byle jak podreperowanych kalek, wojna maniaków, spryciazy, oferm, herosów, każdemu szykująca jednakowo tragiczny los.

Dlatego - zdaniem Vonneguta - o żadnych rozsądnych wnioskach nie ma mowy. Wszystko powtarza się niemal identycznie; w lakonicznych wzmiankach o wojnie wietnamskiej znowu padają dobrze znane określenia, terminy. Ich szyfr kryje w sobie te same, równie koszmarne treści.

Notabene, w tym kontekście czas traci przypisywane mu tak często terapeutyczne przymioty, aczkolwiek nie wydaje się także przekleństwem dziejów. Jest po prostu neutralny, nie ma wpływu na losy świata i ludzi - przyszłość podlega bowiem zupełnie innym determinantom. Wprawdzie dla własnych złudzeń można go zatrzymywać, utrwalać w bezruchu (epizod z fotografiami), ale niczego to przecież nie zmieni.

Vonnegut, do niedawna wykładowca szkoły pisarskiej w Iowa City, najwyraźniej pokpiwa sobie z literackiej demonizacji, m.in. ironicznie motywując zestawienia róznych płaszczyzn czasowych lub zamiast modnych retrospekcji przekornie proponując prospekcje.

Wojnę z jej tragicznym bezsensem, autor traktuje głównie jako koronny dowód, klarowny symbol absurdu, który w tym samym stopniu, chociaż w utajonej formie, opanował także normalną egzystencję. Na dobrą sprawę kształt codzienności określaja głupie rozmowy, bzdurne zebrania, hasła typu "popieraj swoją policję" lub "głosuj na Reagana", czasem małe pijaństwo, golf, lub nocne telefony w chwilach chandry, i jeszcze plejada podobnie banalnych "wydarzeń". Jest to tragikomiczne śmietnisko pozorów, wielki ogród zoologiczny, w którym niczego nie da się zmienić, poprawić, powstrzymać. Z równym powodzeniem można by powstrzymać lodowce.

W dodatku całe to panopticum zostało odarte z ideałów, z bajeczki o wymarzonym raju. Mityczna Tralfamadoria też jest skażona bezsensem. Któregoś dnia pilot-oblatywacz naciśnie odpowiednią dźwignię i wszystko przestanie istnieć.

Oczywiście tak katastroficznej groteski nie można interpretować dosłownie - wprost. Totalna negacja z reguły prowokuje czytelnika do sprzeciwu, przemysleń, kontrargumentów i właśnie ku temu świadomie zmierza. Jest to bowiem niejako metoda działania odwrotnego, równie chyba dobra jak każda inna, nawet bez załącznika w postaci propozycji konstruktywnych. Zresztą te ewentualne wzorce adresat darzy coraz mniejszym zaufaniem, słusznie podejrzewając, że żaden autor nie ma patentu na nieomylność i nie wymyśli uniwersalnego leku na wszystkie dolegliwości.

Vonnegut przedstawił się polskiemu czytelnikowu dopiero w tym roku, za to od razu dwiam powieściami. Prezentacja wypadła okazale, również dzięki bardzo dobrym przekładom. Lech Jęczmyk bezbłędnie utrafił w ironiczny ton, pomysłowo przełozył liczne dowcipy słowne, a także zachował klarowność i potoczystość narracji, dając przykład doskonałej roboty translatorskiej.




Kurt Vonnegut Rzeźnia numer pięć, czyli krucjata dziecięca. Przekład L. Jęczmyk. PIW 1972, s.179.


Skrzynka Asi Skrzynka Krzysia

Wszelkie pochwały, peany i zachwyty, a także propozycje współpracy prosimy zamieszczać w Księdze Gości lub przesyłać bezpośrednio do Aśki lub Krzyśka.

Strona Główna   Powrót