Kurt Vonnegut - życie, twórczość i ...



Kim jest mądry ów człowiek
  Jak o Kurcie Vonnegucie w Polsce pisano
  Jak Asia z Krzysiem przekładali to, co o Kurcie Vonnegucie w Świecie pisano
  Co nie zmieściło się wyżej, a przeczytania warte
  Krynice mądrości, z których Asia z Krzysiem materiały do tej strony czerpali a i inne miejsca zobaczenia warte
  Kim są Ci mądrzy ludzie...;-)
  Miejsce na peany pochwalne...
Ucieczka na Tralfamadorię, czyli bezsilność telefoniarzy
Karol Lubelski
"Nowy wyraz" 5/73, str. 149-151
rec. "Rzeźni numer pięć"

Przekazanie prawdy o pewnym kataklizmie wywołanym przez ludzi w czasie II wojny światowej - oto zamierzenie pisarskie rządzące powieścią Amerykanina, Kurta Vonneguta (Rzeźnia numer pięć) wydaną w USA w 1969 roku, a w trzy lata później - u nas, w przekładzie Lecha Jęczmyka. To samo zamierzenie pojawiło się na prawach narracyjnego chwytu w - o sześć lat wcześniejszej - książce Vonneguta Kocia kołyska (wydanej w PIW-ie w 1971 roku, również w przekładzie Jęczmyka).

Narrator Kociej kołyski, ucharakteryzowany na pisarza (zresztą przy pomocy środków bardzo podobnych do zastosowanych w tym celu w Rzeźni) informuje, że planował właściwie napisanie dokumentalnej relacji "o tym, co porabiali różni wybitni Amerykanie w dniu, w którym zrzucono pierwszą bombę atomową na Hiroszimę". Miała to być chrześcijańska z ducha książka, o głęboko humanistycznej, antywojennej wymowie. W toku jednak opisywanego w utworze zbierania materiałów do książki okazało sie, że napisanie jej w tej wersji jest równie niemożliwe, co bezsensowne. Rozwój wydarzeń fabularnych przyniósł dwie wzajem się warunkujące zmiany. Jeden z bohaterów książki, ojciec bomby atomowej, profesor Hoenikker wynalazł coś daleko od bomby groźniejszego - niszczycielski "lód-9", którego użycie wywołuje w finale powieści koniec świata. Równolegle zaś z wydarzeniami, które do owego końca doprowadziły, sam narrator przyswajał sobie przepojony sceptycyzmem światopogląd "bokononistyczny", niewiarę w przyszłość ludzkości usiłującą równoważyć filozofię "łagodnych kłamstw", zaleceniami w rodzaju: "każde z nas musi być tym, kim jest". W miejscu, gdzie miał być dokument - pojawić się zatem musiała, sugeruje Vonnegut, mroczna powieść typu science-fictfon.

Jeśli tamten, raz już skompromitowany, dokumentalny zamiar podjęty zostaje na nowo, to dzieje się tak z przyczyn szczególnych, o których traktuje pierwszy, autotematyczny rozdział Rzeźni numer pięć, poprzedzający jak gdyby "powieść właściwą". Tym razem nie idzie o relacje cudze, lecz o relację własną - i to z wyjątkowo mocno przeżytego wydarzenia. Vonnegut, o czym pisze już w komentarzu do tytułu, był - jako amerykański jeniec - świadkiem zbombardowania Drezna w lutym 1945 roku i masakrze tej, w której zginęło 135 tysięcy ludzi, już od 23 lat chciał poświęcić książkę. Ta planowana książka życia stawała się książką-obsesją: "W ciągu tych lat znajomi nieraz pytali mnie, nad czym teraz pracuję, i zwykle odpowiadałem, że najważniejsza jest moja książka o Dreźnie".

Przyczyną faktu, iż przez tyle lat powieść nie powstawała, że narrator wyznaje: "Napisałem już chyba z pięć tysięcy stron i wszystko wyrzuciłem" - było to samo poczucie niewystarczalności tradycyjnych środków prozy realistycznej do powiedzenia prawdy o skomplikowanym, wciąż nowe zjawiska i opinie rodzącym świecie, które zadecydowało o warsztatowych perypetiach opowiedzianych w Kociej kołysce. W wypadku Rzeźni numer pięć autor sądził początkowo, że wystarczy po prostu przedstawić to, co się widziało - stopniowo złudzenie to ustąpiło rozbudowanemu planowi powieści, przewidującemu ujecie problemu w trzech głównych aspektach. Zamierzał więc Vonnegut, po pierwsze, ukazać autentyczny przebieg wojennych wypadków, w których uczestniczył, ale - z perspektywy swoich obecnych przemyśleń pisarza w średnim wieku, po drugie - zestawić tę opowieść z czasem dzisiejszym, z prezentacją aktualnie go otaczającej rzeczywistości, po trzecie wreszcie - pokusić się o porządkujące wszystkie te fakty przesłanie, o formule wniosku. Jaki z nich dla ludzkości wynika.

Zasadniczą myślą, związaną z realizacją pierwszego z tych aspektów - z relacją Vonneguta o wojnie. Jaką widział, jest świadomość, że toczyły ją dzieci - dosłownie, bez metafor. "Wszyscy prawdziwi żołnierze wyginęli" - mówi w powieści stara Niemka, a wygłoszone przez angielskiego oficera stwierdzanie, iż wojna "to istna krucjata dzieci", umieszczone zostaje w podtytule. Utwory o wojnie, w których są "dobre role dla Johna Wayne'a" - są kłamstwem, bohaterem Rzeźni numer pięć czyni Vonnegut swego równolatka Blliy'ego Pilgrima, w 1944 roku 21-letniego chłopca.

Zderzenie owej autentycznej wojny na co dzień - z decyzjami dowódców, strategią polityków, mową prezydenta Trumana - ukazuje w tekście bezsens, idiotyzm wszystkiego, co się na wojnie dzieje, doprowadza do formuły groteski, którą posługuje się Vonnegut tym chętniej, im okrutniejsze fakty są tamatem jego opowieści. Wystraszone niemieckie dzieci i kaleki przekonują się z radością, że mają eskortować podobne dzieci i kaleki amerykańskie, najstarszy i najbardziej doświadczony z Amerykanów, 44-letni "poczciwy Derby" zostaje rozstrzelany za kradzież czajnika. Billy, który nie ma co na siebie włożyć, ubiera się w ukradziony kostium z obozowego przedstawienia Kopciuszka - a oburzeni mieszkańcy Drezna sądzą, że to demonstracyjna maskarada.

"Wszystko zminiało się w operetkę" - to przeświadczenie rządzi relacją konsekwentnie. Opis zgliszcz zbombardowanego Drezna jest stylizowany na krajobraz księżycowy, praca przy wydobywniu tysięcy zwłok - opatrzona komentarzem: "uruchomiono w Dreźnie pierwszą kopalnię trupów".

Obraz dzisiejszego świata, który otacza bohatera - nie jest w powieści czymś bardzo odmiennym, to raczej przebiegający w innych warunkach dalszy ciąg tego samego świata, który widział Billy w czasie wojny. Na śmierć ludzi czyhają teraz zdobycze cywilizacji: jedynie Bllly uratował się w katastrofie samolotu, przypłacając to ciężką kontuzją. Jego żona zginęła w wyniku wypadku samochodowego. Ten sam księżycowy krajobraz zniszczeń, który widział kiedyś w Dreźnie, ogląda teraz bohater w środku swojego nowoczesnego amerykańskiego miasta: część spalili ludzie, którzy tu mieszkali, tak nienawidzili swojej dzielnicy, część została zburzona zgodnie z planami budowy nowego centrum administracyjnego.

Świat kultury, w której żyje zamożny dziś 44-letni optyk, Billy Pilgrim - to dezorientujące hasła reklam i naklejek samochodowych. ogłupiające wydawnictwa (świetna scena wizyty w księgarni), telewizja nadająca "programy o błazeństwach albo o morderstwach". Najwyraźniejszym zaś śladem owego "dalszego ciągu" jest fakt, że znowu toczy się wojna - i znowu wysyła się na nią dzieci, a majorzy w średnim wieku uzasadniają jej konieczność.

Nasuwa się pytanie, co robią ludzie, by ten świat poprawić, czego nauczyły ich doświadczenia minionej wojny, jak bronią się przed nowymi formami przemocy?

Otóż bohater Rzeźni numer pięć jest wobec wszystkich tych wydarzen zupełnie bezsilny: "nie miał ochoty protestować przeciwko bombardowaniu Wietnamu Północnego, nie zadrżał na myśl o potwornych skutkach bombardowania, które sam kiedyś oglądał", pogodził się też z faktem, że jego syn służy w Wietnamie w Zielonych Beretach. Pomagała Blllowi żyć modlitwa, ktorej tekst powiesił w swoim gabinecie:

    Boże, daj mi pogodę ducha, abym godził się z tym, czego zmienić nie mogę, odwagę, abym zmienił to, co zmienić mogę i mądrość, abym zawsze potrafił odrożnić jedno od drugiego.

Tekst modlitwy opatrzony był komentarzem narratora, "Do rzeczy, których Billy nie mógł zmienić, należała przeszłość, teraźniejszość i przyszłość".

Ta sama bezsilność, której symptomem jest nieustanna bierność bohatera, przyjmuje zatem kształt santencjonalnej formuły i rządzi trzecim aspektem powieści - jej ideowym przesłaniem. Jak Bill, dla którego życie po wojnie na jakiś czas przestało mieć sens - znalazł ukojenie w fantastycznych powieściach Kilgore'a Trouta - tak pisarz dla poparcia owej filozofii bezradności - posłużył się wątkiem fantastyczno-naukowym. To mieszkańcy planety Tralfamadorii, którzy porywają Bllla Pilgrima - pouczają go, iż "śmierć jest tylko złudzeniem - człowiek nadal żyje w przeszłości", iż sztuka życia polega na ciągłym wyborze dobrych chwil z przeszłości i kontemplowaniem ich, a ignorowaniu chwil złych, że nie warto niczym się przejmować, że "każdy robi dokładnie to, co musi".

Myśli te, tożsame w gruncie rzeczy z bokononistyczną filozofią zaprezentowaną w Kociej kołysce, z jej postulatem "łagodnego kłamstwa" - już w samym świecie fabularnym okazują się rozwiązaniem pozornym: to właśnie Tralfamadorczycy wysadzą w powietrze Wszechświat - i godzą się z tą wiedzą, nie usiłując wydarzeniom zapobiegać. Bill staje się apostołem filozofii bezsilności, bo usprawiedliwia ona jego bierność, a nie zna innej, lepszej.

Ta sama bezsilność jest również udziałem narratora-pisarza. którego postać bliska jest zresztą w kolejach życiowych postaci Billa. Narrator ów pisze powieść w tym czasie, kiedy odbywają się zamachy na Roberta Kennedy'ego i Martina Luther Kinga, ma do rozwiązania te same co Bill problemy, co wieczór słucha komunikatow o liczbie zabitych w Wietnamie. Narrtor ma jednak nad swym bohaterem zasadniczą przewagę: posiada świadomość, że jego bezsilność ogranicza go, Jest ona dla niego źródłem gorzkiej refleksji. Wspominając, jak przed laty poszukiwał wspólnie z żoną, z kolegami - weteranami wojny, sposobów przezwyciężenia istniejącego stanu, powiada: "Byliśmy wtedy Federalistami Zjednoczonego Świata. Nie wiem, kim jesteśmy teraz. Chyba telefoniarzami, bo bardzo dużo telefonujemy po nocach, w każdym razie ja".

Brak wiedzy o sposobach rozwiązania problemów stawianych przed bohaterami znajduje odbicie w konstrukcji powieści, nienajszczęśliwszej, choć konsekwentnie przecież stosującej chwyt proponowanej przez Tralfamadorczyków wędrówki w czasie; jej wynikiem jest także jednostronność, z jaką zjawiska społeczne są tu przedstawiane, brak prób Ich racjonalnej analizy. Znamienna jest pod tym względem ucieczka w formułę science fiction dla uzasadnienia pewnych działań bohaterów. Formuła ta ma jednak także wyraźny odcień parodystyczno-ironiczny: będąc znakiem nieistnienia propozycji pozytywnych, jest równocześnie tego nieistnienia karykaturą.

Vonnegut rozumie bowiem dobrze własne braki; odpowiedzi nie zna, ale umie formułować pytania. Lektura jego dowcipnej przypowieści przekonuje, że nie uchyla się on przed stawianiem ważnych pytań swojemu społeczeństwu.




KURT VONNEGUT [Junior]: Rzeźnia numer pięć, czyli Krucjata dziecięca, czyli Obowiązkowy taniec ze śmiercią. Przeł. Lech Jęczmyk. W-wa 1972 Państw. Inst. Wyd. s. 179.


Skrzynka Asi Skrzynka Krzysia

Wszelkie pochwały, peany i zachwyty, a także propozycje współpracy prosimy zamieszczać w Księdze Gości lub przesyłać bezpośrednio do Aśki lub Krzyśka.

Strona Główna   Powrót