Kurt Vonnegut - życie, twórczość i ...



Kim jest mądry ów człowiek
  Jak o Kurcie Vonnegucie w Polsce pisano
  Jak Asia z Krzysiem przekładali to, co o Kurcie Vonnegucie w Świecie pisano
  Co nie zmieściło się wyżej, a przeczytania warte
  Krynice mądrości, z których Asia z Krzysiem materiały do tej strony czerpali a i inne miejsca zobaczenia warte
  Kim są Ci mądrzy ludzie...;-)
  Miejsce na peany pochwalne...
Kurt Vonnegut - obywatel Wszechświata
Marek Troszyński
"Nowe Książki" 11/83, str. 18-20.

Ileż przesady kryje się w przyznawaniu dziełom literackim wymiarów uniwersalnych. Poza nielicznymi, bezspornymi przykładami, jak tragedia Sofoklesa czy dramaty Szekspira, inne, bliższe współczesności, stają się przedmiotami sporów i dyskusji. I choć etykietę tę stosowano często zbyt pochopnie, to konfrontując jš z dorobkiem pisarskim Kurta Vonneguta mamy do czynienia ze zjawiskiem przeciwnym. Kurt Vonnegut te ramy rozsadza, wyraźnie się w nich nie mieści. Druga po debiutanckiej Pianoli jego powieść, Syreny z Tytana, wydana u nas poza porządkiem chronologicznym (24 lata po oryginale) w doskonałym przekładzie Jolanty Kozak, jest tego dowodnym przykładem.

"Ziemski" uniwersalizm Vonnegutowi już nie wystarcza, jako pisarz czuje się on obywatelem Wszechświata. Nawet adresy podaje jakby z myślą o jakimś kosmicznym posłańcu: Indianapolis, USA, Ziemia, System Słoneczny, Droga Mleczna.

Dobrze się czując niemal w każdym zakątku wszechświata, Vonnegut równie swobodnie traktuje czas: "Wszystko, co kiedykolwiek było, będzie zawsze, a wszystko co kiedykolwiek będzie, zawsze było". Takie potraktowanie kategorii czasu (zastosowane potem na większą skalę w Rzeźni numer pięć) umożliwia mu pojęcie "infundybuły chronosynklastycznej" oznaczającej miejsce, w którym "wszyscy tatusiowie naraz mają rację", choć ich racje są, rzecz jasna, sprzeczne. W obrębie infundybuły czas da się przemierzać wzdłuż i wszerz, jak przestrzeń. Te filozoficzne aksjomaty eliminują i usuwają w cień "tu i teraz" na rzecz "zawsze i wszędzie": wyzwalając z wszelakich ograniczeń dają pisarzowi fascynującą, boską wręcz perspektywę, nieosiągalną w inny sposób, a nieodzowną dla jego intelektualnych poszukiwań.

Tworząc literaturę w takim czaso-przestrzennym bezkresie nieodzownym jest dysponowanie odpowiednimi technikami, za pomocą których będzie można sprawnie poprowadzić fabułę. Oczywiście główną rolę odgrywają Ziemianie, ale przecież napotykają oni na swej drodze istoty z innych cywilizacji. Vonnegut szczegóły techniczne zwykł traktować z dużą swobodą, wręcz nonszalancją. Posługuje się naiwnymi niekiedy symbolami, skrótami, czy uproszczeniami (jak np. pigułki tlenowe), poważniejsze trudności po prostu wymija. Nie znajdziemy natomiast u niego tak irytujących w prozie fantastyczno-naukowej antropomorficznych przedstawicieli innej cywilizacji. Tutaj fantazja Vonneguta stwarza istoty w rodzaju romboidalnych harmonii odżywiających się muzyką, rozumny gaz itp. Ten niezbędny do przeprowadzenia pangalaktycznego spektaklu sztafaż, to chyba jedyna przyczyna zaklasyfikowania jego pisarstwa do science fiction.

Trudno pogodzić się z takim zaszeregowaniem, choć sam autor wydaje się go akceptować (ostatecznie zawdzięcza mu to nieograniczone pole działania), aczkolwiek czyni to z właściwym sobie, ironizującym dystansem.

O ile trudno mieć zastrzeżenia do niezwykle swobodnej, pełnej zaskakujących pomysłów i dobrego humoru fantazji, to jej "naukowość" jest już mocno podejrzana. W Śniadaniu mistrzów Vonnegut daje wyraz przekonaniu, że naukowość z reguły nie bywa mocną stroną pisarzy science fiction, tak oceniając swoje porte parole, Kilgore Trouta: "Podobnie jak większość pisarzy fantastyczno-naukowych, Trout miał blade pojęcie o nauce, szczegóły techniczne śmiertelnie go nudziły". Tak więc przeszkody techniczne Vonnegut pokonuje ze swoistym wdziękiem, traktując je jako jeszcze jedną okazję do drwiny, czy błyśnięcia dowcipem. Absolutny brak śmiertelnej powagi i nastroju grozy, w jaki rozwiązują inni podobne problemy.

Tratując fantastyczno-naukowy entourage Vonneguta jedynie jako narzędzie i zabawkę, podnieść należałoby raczej nieprzystawalność fenomenu do istniejących podziałów, czy też odwrotnie - nieadekwatność tychże, nie nadążających za nowymi zjawiskami literackimi. Próbując mimo to umieścić Syreny z Tytana w istniejącej siatce pojęć teoretyczno-literackich, najbardziej odpowiednią byłaby chyba formuła powiastki filozoficznej. Mamy tu niewątpliwie do czynienia ze zbeletryzowanymi zmaganiami autora z jednym z najbardziej podstawowych problemów filozoficznych - celu i sensu życia.

Wśród różnorakiego rodzaju obsesji (jak skłonność do ochotniczej straży pożarnej, malarstwo) poszukiwanie celu i rozważania sensowności tego typu poszukiwań jest chyba najistotniejszą i najbardziej płodną intelektualnie obsesją Kurta Vonneguta. Właściwie każda jego kolejna powieść była próbą odpowiedzi na pytanie o cel ludzkiego życia.

W zakończeniu debiutanckiej Pianoli, gdy jasno widać, że podjęte działanie nie osiągnęło zamierzonego skutku, okazuje się, że równie ważnym celem jest danie świadectwa: "Nie jest ważne, czy zwyciężyliśmy, czy przegraliśmy, doktorze. Ważne, że próbowaliśmy zwyciężyć. Próbowaliśmy, aby dać świadectwo!" W Kociej kołysce świeżo stworzona rozumna glina zwraca się z tym się z tym pytaniem do Boga, który przyjmuje je jako wyraz ułomności ludzkiej psychiki i pozostawia człowiekowi "znalezienie sensu tego wszystkiego". Pełne niedorzeczności postępowanie Eliota Rosewatera spowodowane jest przekonaniem mimo wszystko o celowości działania. W liście do żony, identyfikując się z Hamletem tłumaczy jednocześnie niezborność swych czynów: "Hamlet miał jedną przewagę nade mną. Duch ojca powiedział mu jasno, co ma robić, podczas gdy ja działam bez żadnych wskazówek. Mimo to jakiś głos stara się mi powiedzieć, gdzie mam iść, co mam tam robić i dlaczego. Ale mam uczucie, że moje przeznaczenie jest dalekie od tej płytkiej i niedorzecznej egzystencji, jaką prowadzimy w Nowym Jorku. Więc wędruję". W Rzeźni numer pięć spłacającej dług wobec wojennych doświadczeń pisarza, celowość zmienia się w swe przeciwieństwo - przypadkowość. Pojawiający się jak refren zwrot "zdarza się" biernie akceptuje fakty, świadomie rezygnując z dociekania przyczyn i skutków. Śniadanie mistrzów natomiast daje cały wachlarz różnorakich odpowiedzi. Dramatyczne pytanie "po co człowiek żyje", wyskrobane na kafelkach w łaźni, Trout ripostuje: "Aby być oczami, uszami i sumieniem Stwórcy Wszechświata, ty baranie". Inny zaś bohater tej książki, Hoover, doznaje olśnienia obserwując próby niszczące w fabryce samochodów: "Być może po to właśnie Bóg umieścił mnie na ziemi: chciał się przekonać, ile człowiek może wytrzymać, zanim się rozsypie". W sedno trafia Vonnegut dopiero przytaczając streszczenie opowiadania Trouta: "Kilgore Trout napisał kiedyś opowiadanie w formie rozmowy między dwoma drożdżami. Spożywając cukier i dusząc się we własnych ekskrementach dyskutowały nad celem życia. Z powodu swej ograniczonej inteligencji nie wpadły na to, że robią szampana".

Już pierwsze zdanie Syren z Tytana deklaruje opowieść o epoce wypraw kosmicznych (umieszczonej między Drugą Wojną Światową, a Trzecim Wielkim Kryzysem), których celem miało być zdobycie odpowiedzi na pytanie: "Kto właściwie odpowiada za stworzenie świata i o co w tym całym stworzeniu chodzi".

Kulminacja fabuły Syren przynosi taką odpowiedź. Celem zmagań ludzkości było dostarczenie Salowi, kosmicznemu posłańcowi z Tralfamadorii na Drugi Kraniec Wszechświata, zamiennej części do rakiety, co ma umożliwić dalszą podróż. Pozostaje zatem pytanie o rangę misji Salo. Gdy przekraczając swe uprawnienia odczytuje on wiadomość dla Drugiego Krańca, nie waha się określić swej misji mianem kretyńskiej. Wiadomość ta, to po prostu pozdrowienie: "Wszystkiego najlepszego".

Jeżeli spojrzymy na ludzkość w kategorii poszczególnych, jednostkowych istnień, odpowiedź taka musi porazić swą beznadziejnością i pesymizmem. A podobnie przecież wygląda to z perspektywy kultur i cywilizacji, które w tym ujęciu są jedynie nieświadomym przekaźnikiem tralfamadoriańskich komunikatów dla Salo. I tak chiński mur oznaczał: "Bądź cierpliwy. Pamiętamy o tobie", moskiewski Kreml: "Ruszysz w drogę zanim się obejrzysz", zaś Pałac Ligi Narodów w Genewie: "Pakuj manatki i w każdej chwili bądź gotów do startu".

Żona Vonnegutowego Kandyda - Constanta, nie mogąc się pogodzić z taką interpretacją historii ludzkości pisze książkę pod tytułem Prawdziwy cel życia w Systemie Słonecznym, w której z jednej strony próbuje oderwać wydarzenia ziemskie jako skutki od tralfamadoriańskich przyczyn, z drugiej zaś znajduje ulgę w myśli, że "najgorszym, co mogłoby spotkać człowieka, byłoby niewykorzystanie go przez nikogo, w żadnym celu".

W kręgu rozważań o celowości znajdują się naturalnie inne pokrewne problemy, jak przypadkowości, wolnej woli, determinacji. Vonnegut szuka rozwiązań na wielu płaszczyznach ludzkiej egzystencji, wyznaczanej takimi aspektami, jak religia (tworząc Kościół Boga Doskonale Obojętnego), polityka (vide doskonałe przemówienie prezydenta, w którego ustach "rozwój" brzmi jako "rozbój"), pieniądze, seks (tytułowe Syreny). Jak w każdej z dotychczasowych książek dał wyraz swemu głębokiemu pacyfizmowi, później rozwiniętemu w Rzeźni numer pięć, a najgwałtowniej chyba wyrażonemu w Kociej kołysce, w której proponuje: "Obchodząc rocznice wojen powinniśmy się rozbierać do naga, malować się na niebiesko i przez cały dzień chodzić na czworakach, chrząkając jak świnie. Byłoby to na pewno właściwsze niż wzniosłe przemówienia oraz defilady sztandarów i dobrze naoliwionych armat".

I tu ujawnia się zdecydowanie humanistyczny rys pisarstwa Kurta Vonneguta, jego tolerancja, miłość do człowieka w całej jego ułomności i niedoskonałości. Daleki od idealizowania chce uchronić człowieka przed dwoma skrajnościami: z jednej strony postawą obrońcy swej niedotykalnej "wyimaginowanej czystości" (Beatrycze), z drugiej zaś postawą lubowania się w brudach życia (Constatnt). I właśnie ta nakierunkowana na człowieka perspektywa, sondująca jego duszę z ojcowską wyrozumiałością i uśmiechem, jest jedynym źródłem nadziei i optymizmu. Po epoce wypraw kosmicznych, ludzie dopiero mają dojrzeć do tego, by w poszukiwaniach odpowiedzi na dręczące ich pytania zwrócić się do samych siebie:
"Nareszcie zewnętrzność utraciła swe wyimaginowane powaby.
Jedynym terenem do poszukiwania pozostała wewnętrzność,
Jedyną terra incognita pozostała dusza ludzka.
Tak to zaczęła się era dobroci i mądrości".



Kurt Vonnegut
Syreny z Tytana
Tłum. z ang. J. Kozak - Warszawa, 1986, s. 260, egz. 30 tys. zł. 100.


Skrzynka Asi Skrzynka Krzysia

Wszelkie pochwały, peany i zachwyty, a także propozycje współpracy prosimy zamieszczać w Księdze Gości lub przesyłać bezpośrednio do Aśki lub Krzyśka.

Strona Główna   Powrót