Kurt Vonnegut - życie, twórczość i ...



Kim jest mądry ów człowiek
  Jak o Kurcie Vonnegucie w Polsce pisano
  Jak Asia z Krzysiem przekładali to, co o Kurcie Vonnegucie w Świecie pisano
  Co nie zmieściło się wyżej, a przeczytania warte
  Krynice mądrości, z których Asia z Krzysiem materiały do tej strony czerpali a i inne miejsca zobaczenia warte
  Kim są Ci mądrzy ludzie...;-)
  Miejsce na peany pochwalne...
Śmiechopłaczołkanie
Marek Oramus
"Przegląd Techniczny" 42/83, str. 47

Są pisarze, którzy kolejnymi książkami jakby wstrzeliwują się w swój genre, aż wreszcie udaje Im się utrafić i od tej pory ich twórczość osiąga przedziwną harmonię i moc. Można powiedzieć, że ich ziemskim powołaniem było napisanie tej jednej lub kilku powieści; jeśli powołanie wypełnili, nie muszą się kłopotać, czy ich życie miało sens, czy nie.

Kurt Vonnegut jest dla mnie takim pisarzem. Wydał w 1962 roku Pianolę i potem milczał przez długie siedem lat, nie z powodu jakiegoś amerykańskiego socrealizmu, tylko dla podległości wewnętrznemu rytmowi. Pianola była strzałem poza pasmo, teraz to widać dokładnie, ale już następne Syreny z Tytana zapowiedziały Vonneguta takiego, jakiego znamy, szanujemy i chcemy. Potem przyszły Śniadanie mistrzów, Rzeźnia numer pięć, Niech pana Bóg błogosławi, panie Rosewater, Matka Noc i bodaj najsłynniejsza i najlepsza Kocia kołyska. Jako czytelnicy mieliśmy dużo szczęścia, bo wszystkie wymienione powieści - oprócz Matki Nocy - ukazały się w tłumaczeniach.

Głównemu bohaterowi Vonnegutowych powieści na imię po prostu życie. Kukiełki, które je zaludniają, służą wyłącznie do badania jego okrutnego mechanizmu, pojawiają się i znikają, na ich miejscu pojawiają się inne. Vonnegut mało troszczy się o logikę wydarzeń, o prawdopodobieństwo akcji, uważając - jakże słusznie - że życie nie troszczy się o nie zupełnie. Stad wrażenie, jakby autor traktował materię swych utworów lewą nogą, mając w pogardzie jasny, logiczny wywód, wielbiąc chaos i rozwichrzenie. Ten nowy, alinearny sposób pisania, polega na pokazywaniu kolorowych kamyczków z mozaiki i czasem do ostatniej strony nie bardzo wiadomo, co ma się z nich złożyć. Czasami okazuje się, że po prostu nie ma nic do złożenia, nic do odczytania i cała uroda książki objawia się nie na deser, a w trakcie.

Nie byłby to chyba zbyt atrakcyjny przepis na powieść mającą wzbudzić zainteresowanie czytelnika, gdyby nie wykonanie. To ono czyni z tej prozy soczysty kawał mięcha na talerzu, doprawiony słynną vonnegutowską ironią z całego świata, z polityki, religii, kondycji ludzkiej, z siebie. Nie ma dla Vonneguta rzeczy świętych, bo także świętość, a może przede wszystkim, podlega potraktowaniu ironią. Nie należy tego zabiegu kojarzyć z wyśmianiem; jakże dalekie od zdrowego, krzepiącego śmiechu są rozdziały choćby Rzeźni czy Śniadania, nie mówiąc już o Kołysce. Vonnegut nie śmieje się nigdy, zaledwie uśmiecha się rzewnie, niekiedy przez łzy, a bardzo często - wydaje mi się - ma ochotę zwyczajnie zapłakać nad marnością tego świata, w którym osadził nas niedobry Bóg.

O Bogu jeszcze będzie, bo to z nim przede wszystkim wadzi się Vonnegut. Jeśli nie rysuje własnoręcznie brzydką kreską a la Mrożek boskich podobizn, tzn. trójkąta z okiem w środku, to obiera drogę pośrednią: pokazuje tę całą szopkę będącą naszym udziałem i założę się, że ma ochotę powiedzieć: spójrz tylko Panie Boże, na to, coś kiedyś stworzył, na tę krążącą w pustce paranoję, na to mrowisko szaleńców, na te pokukiwania bez ładu i składu. Co to właściwie jest? Nie wstyd ci? A Bóg siedzi wyniośle na swej chmurze i nie odpowiada Vonnegutowi, więc Vonnegut zaczyna pisać nową książkę, żeby Boga jeszcze bardziej zdenerwować.

Pora przejść do konkretów. Wydane właśnie w czytelnikowskiej serii z kosmonautą Syreny z Tytana obierają sobie za przedmiot rozważań ciekawe skądinąd zagadnienie, czy człowiek jest panem swoich kroków na tej ziemi. Czy ma możliwość za pomocą woli kierować swoim losem, czy skazany został na kaprysy ślepych sił, które popychają go gdzie zechcą - jak korek na morzu rozkołysany przez tajfun. Znając Vonneguta można być pewnym odpowiedzi i jak zwykle u tego autora przesłanie książki rozumiane jako jedno klarowne zdanie do zapamiętania (no więc człowiek nie jest panem własnych kroków na tej ziemi) nie istnieje. To jest jakby pewne od początku. Syreny i Tytana służą zademonstrowaniu na przykładzie, że w życiu próżno poszukiwać sensu oraz granic absurdu, do jakich dobijają ci, którzy są odmiennego zdania.

Znajdziemy w tej książce niepospolite dzieje Malachiego Constanta, właściciela największej fortuny na Ziemi. Zawdzięczał ją ojcu, który pędząc szare życie i kompletnie nie wiedząc, o co w nim chodzi, wpadł pewnego razu na pomysł, by kupować przedsiębiorstwa, których inicjały stanowią kolejne litery Biblii. Fortunę tę Malachi stracił, usiłując przeciwstawić się przeznaczeniu. Dalszy jego żywot przebiegał w marsjańskich siłach zbrojnych, znajdujących się w przededniu inwazji na Ziemię, w jaskiniach Merkurego, znowu na Ziemi, aby zakończyć się na słonecznym Tytanie. Nie mam miejsca na szczegółowe relacjonowanie dni Malachiego, mogę jednak zapewnić, iż jego życie nie zawierało wiele sensu.

Na Tytanie tymczasem od dwunastu tysięcy lat biwakuje Salo, przedstawiciel potężnej cywilizacji tralfamadorskiej, wysłany do sąsiedniej galaktyki z wiadomością. W pobliżu Słońca statek uległ awarii. Salo musiał lądować na Tytanie. Zawiadomił o kłopotach rodzinną planetę i czekał na część zamienną do statku. Dostarcza mu jej syn Malachiego, Chrono; część ta stanowi czterocalowy odcinek stalowej taśmy z wyborowanymi dziurkami. Okazuje się, że aby uniknąć trudności związanych z transportem, a także oszczędzić czasu, Tralfamadorczycy po prostu wywołali na Ziemi rozumną cywilizację, której sens istnienia sprowadzał się właśnie do wyprodukowania części dla statku Salo.

Podróż Salo została przerwana na samym początku, po zaledwie pół milionie lat. Rozkaz nakazuje nieść wieść dalej, przez następne 18 milionów lat. Po dotarciu na miejsce Salo ma odnaleźć braci w rozumie, poznać ich język, a następnie przekazać im wiadomość. Oto treść wiadomości „Wszystkiego najlepszego !"

"Pogodziłem się z tym, że umrę nie odkrywszy w tym wszystkim żadnego sensu - pisze w pożegnalnym liście Constant-ojciec do Constanta-syna - ale może to właśnie Ty zobaczysz go kiedyś nagle, jasno jak na dłoni. Mówię Ci, nawet człowiek, który jest połtrupem nienawidzi żyć nie wiedząc, jaki to ma sens".

Bardzo mi pasuje do tej wizji zaprezentowana w Syrenach koncepcja Boga Doskonale Obojętnego. Wyznawcy Kościoła BDO nie lokują już w swym Bogu żadnych nadziei, uwalniając go całkowicie od odpowiedzialności za losy świata. Za co go czczą w takim razie? Właśnie za obojętność; istnieje przecież groźba, iż Bóg Doskonale Obojętny mógłby pewnego dnia zapragnąć wmieszać się nie tylko w losy Ziemi, ale i każdego człowieka, czyli po prostu ingerować w sprawy, które od dawna dobrze idą swoim torem. Strach pomyśleć, do jakiego mogłoby dojść kataklizmu!

Trzeba na koniec pochwalić tłumaczkę. Jola Kozak jest tłumaczką młodą, ale wspaniale poradziła sobie z trudnym przecież językiem Vonneguta. W dodatku powieść wydana w USA w 1959 roku przełożyła na polski lat osiemdziesiątych, czerpiąc obficie z języka potocznego (sformułowanie typu "nie twoja broszka").

Marek Oramus


Kurt Vonnegut: Syreny z Tytana. Tłum. Jolanta Kozak. Czytelnik 1983, nakład 30 tys, cena 100 zl. Seria i kosmonautą.


Skrzynka Asi Skrzynka Krzysia

Wszelkie pochwały, peany i zachwyty, a także propozycje współpracy prosimy zamieszczać w Księdze Gości lub przesyłać bezpośrednio do Aśki lub Krzyśka.

Strona Główna   Powrót