Kurt Vonnegut - życie, twórczość i ...



Kim jest mądry ów człowiek
  Jak o Kurcie Vonnegucie w Polsce pisano
  Jak Asia z Krzysiem przekładali to, co o Kurcie Vonnegucie w Świecie pisano
  Co nie zmieściło się wyżej, a przeczytania warte
  Krynice mądrości, z których Asia z Krzysiem materiały do tej strony czerpali a i inne miejsca zobaczenia warte
  Kim są Ci mądrzy ludzie...;-)
  Miejsce na peany pochwalne...
Kronopio
Dariusz Bitner
"Nurt" 3/87, str. 25-26

W pierwszym odruchu można by pomyśleć, że skończyła się w literaturze epoka wielkich tragedii. Dzieje bohatera dawnej solidnej powieści, opowiedziane najczęściej dla "zilustrowania pewnego morału" (Karol Dickens), pełne są przerażających epizodów, rozpaczliwych uniesień, gwałtownych zwrotów ku lepszemu, tylko po to, by rozbudziwszy wątłą nadzieję, zaraz ją podeptać. Zagmatwane i fatalistyczne losy doprowadzone są zazwyczaj do samego końca. Potem bohaterom już nic przydażyć się nie może, a powieść uzupełniona jest odpowiednim posłowiem - już to z odruchu kwintesencyjnego, zadumania się nad spisaną historią, już z potrzeby przedłużenia stanu obcowania z powołanymi do życia indywidualnościami. "A teraz ręka piszącego te słowa waha się, gdyż zbliża się on do końca swego zadania, a chciałby snuć trochę dłużej nić opowiedzianych tu przygód" (Karol Dickens). Autor sankcjonuje wiarygodność przedstawianych nie tylko afirmacją swej zawsze dostojnej i realnej osoby, ale też wskazaniem na samą książkę, co od razu nadaje jej paradokumentalnych odcieni. "Otóż w osiem, czy dziewięć miesięcy po tym, cośmy opowiedzieli na poprzednich kartkach..." (Wiktor Hugo).

Wspólną cechą wszechwiedzących autorów jest ich bezosobowy spokój wynikający niewątpliwie z całkowitego panowania nad powieściowym światem. Manierą takiego autora są dyskretne chrząknięcia rzucone na stronie. Jakie by nie były, działają na odbiorcę kojąco, są, w konfrontacji z losem poniewieranego bohatera wentylem bezpieczeństwa dla psychiki czytającego, napawającą ufnością przystania, od której znów można odbić na pełne morze - co oczywiście sprzyja wszelkiej moralistyce. Bardzo skutecznie, a prawie niezauważalnie.

Świat literacki może być dziś w pełni wykreowany przez takie gatunki jak science-fiction czy proza sensacyjna. Tam jeszcze autor ma szansę zaprezentowania wizji ostatecznych i niepodważalnych, przy czym z samego tekstu mozna by nabrać przekonania, że autor jako taki nie istnieje. Pełnia informacji wynikająca z zaprezentowania świata umownego czy ograniczonego środowiska usuwa osbę twórcy w niebyt: bezosobowy spokój natomiast zostaje zastąpiony bezosobową powagą. Jednakże ten sam system doktryn w obrębie literatury usiłującej odnieść się do świata rzeczywistego, a więc pełnego sprzeczności i absolutnie niezaleznego, jest niewystarczający. Wątpliwości wychodzą na pierwszy plan, i przede wszystkim porywają za sobą bezradnego autora.

XXX

Pierwsze zdanie powieści "Rzeźnia numer pięć" (Kurt Vonegut, Jr.) brzmi następująco: "Wszystko to zdarzyło się mniej więcej naprawdę". Owo "mniej więcej" stwarza momentalnie dystans pomiędzy tym, co zdarzylo się w rzeczywistości, a tym, co autor utrwalił w książce. Jednie zdarzyło się "naprawdę" i w kontekście tego słowa "mniej więcej" oznacza tyle, co: mogę się mylić w pewnych szczegołach, na pewno wiele udziwniam przekręcam, ale... Takie uczciwe postawienie sprawy na samym początku daje większy kredyt zaufania, niż wszelkie zaklęcia i przysięgi, ze tak naprawdę bylo. Tym bardziej - że kończąc pierwszy, jak, gdyby wstępny rozdział, autor kokieteryjnie poinformował czytelników, że ta książka jest nieudana. "A zaczyna się tak: (Posłuchajcie:) Billy Pilgrim wypadł z czasu. (A kończy się tak: It-it?)" Rzecz od razu więc ujęta jest w ramy początku i końca - autor, mimo nawału wątpliwości, niepowodzeń ("Nie sadzę, aby kiedykolwiek udało mi się skończyć tę książkę") jawi się jako ten, który jednak zaczął i skończył. Powieść i autor stają się od razu wyznacznikami rzeczywistości, jej niepodważalnymi sygnatariuszami.

Bezustanne usiłowanie wtłoczenia świata zewnętrznego pomiędzy okładki stanowi istotny element kompozycyjny "Rzeźni..." Brak środków wyrazu na ukazanie okrutnego wymiaru wojny (już raz "sztuki piękne" stanęły przed artystycznym autentyzmem, już wstrząsnął nimi ferment spowodowany szokiem, reakcją obronną misternego organizmu na prawdę okrucieństwa pierwszej wojny światów cywilizowanych) uniemożliwia pełnię twórczych realizacji. Vonnegut jako autor jest bezradny. Jako jeden z bohaterów swej książki - w dużym stopniu obojętny. Leitmotiv "zdarza się", będący konkluzją przytaczanych reporterską manierą najróżnorodniejszych przypadków śmiertelnych, nieraz bezsensownych albo i zazwyczaj - okazuje się rychło objawem kalectwa psychicznego, wojenną blizną człowieka, który przyżył okrutne i paradoksalne doświadczenie: bombardowanie Drezna. Jest to zarazem sposób artystyczny, za pomocą którego autor postanowił ukazać cale zło, cały tragizm, bez uciekania sie do scen batalistyczno-heroicznych. Stopniowo zobojętniałe "zdarza się" zaczyna obejmować coraz to banalniejsze sprawy (np. zwietrzały szampan) na przemian z okrutnymi (Polak powieszony za to, ze miał stosunek płciowy z Niemką). Czytelnik zaczyna się domyślać, że za każdym razem, niezależnie od wagi przypadku - tak nie powinno się było zdarzać. Ale nie ma na to żadnej skutecznej rady, bo wyjściem nie jest tu wbrew pozorom zgoda na fakt, że jednak się zdarza. W podejmowaniu czynów bezsensownych, z góry skazanych na niepowodzenie, widzi Vonnegut sens i jedyną szansę istnienia człowieka. Jest w książce taka scena, gdzie ktoś, dowiedziawszy się, że Vonnegut - narrator zamierza napisać antywojenną książkę, pyta ironicznie, dlaczego nie napisze książki przeciwko lodowcom. Książka nie powstrzyma lodowca i nie oczyści świata z wojen. Autor wie i stwierdza wyraźnie, że pisanie książek przeciw wojnie jest nonsensem - a jednak zrobił to. Zdarza się - można powiedzieć. W świecie, w którym nic już nie zależy od jednostki, jednostka nie może zaprzestać swej bezsensownej działalności, bo tylko to zapewnia jej jako taki sens.

Obojętność wynikająca z bezradności wobec logiki rządzącej światem obiektywnym, maska tej bezradności - jest dziś najpowszechniejszą mutacją autora wszechwiedzącego. Występuje chociażby w tak dalece zawoalowanej postaci, jak u Michała Bułhakowa: "- mineralnej nie ma - odpowiedziała kobieta z budki i z niejasnych powodów obraziła się". Tajemnicze i niejasne sytuacje, jakimi przesiąknięta jest cała powieść "Mistrz i Małgorzata" nie są ani tajemnicze, ani niejasne. Ani dla Bułhakowa, ani dla czytelnika - z najróżniejszych powodów autor jednak podkreśla wyjątkowość, dziwność, osobliwość... lub przyjmuje punkt widzenia któregoś ze swych bohaterów, aby już w ogole niczego nie zrozumieć, a tylko zdać relację z tego, co czyjeś przerażone oczy zaobserwowały. Tylko dlatego, że na zdrowy rozum tak nie powinno być. Jest to zabieg perfidny, ale dzięki niemu autor w sytuacji, kiedy nie ma najmniejszej wątpliwości - może postawić na szalę swój autorytet i napisać: "Za mną, czytelniku! Któż to ci powiedział że nie ma już na świecie prawdziwej, wiernej, wiecznej miłości ? (...) Za mną, czytelniku mój, podążaj za mną, a ja ci ukażę taką miłość!" Trzeba uwierzyć tak żarliwemu wyznaniu, nie uda się zwątpić w pewność autor: tak jest, tak musi być. Albowiem rzeczy błahe kwituje on tak: "...pewien blagier moskiewski opowiadał..." itd., a potem: "A zresztą diabli to wiedzą (...) nie jest to takie ważne!". - Obojętność autora jest pozorna. W rzeczywistości spokój i powaga zatapiane zastaną komizmem. Nie jest to odkryciem współczesnych, aby śmiech z całą premedytacją wykorzystać dla pogłębienia tragedii.

W myśl tej reguły Vonnegut, aby oddać możliwie wiernie rzeczywistość wykorzystuje (formalnie sobie najbliższe) elementy science-fiction. Fantastyka od zarania trzymała się kurczowo słowa pisanego i nieliczne dzieła literatury światowej z korzyścią dla siebie wyrzekają się jej nieograniczonych możliwości. Gatunek s-f jako produkt dwudziestowiecznej kultury masowej, skażony jest jednak - i to niebezpiecznie - nową naleciałością, mianowicie kiczem. Wielkim tragediom łatwo popaść w kicz, wielkie tragedie i rzeczywistość ocierają się o kicz nieustannie. Świadome jego wyeksponowanie (naiwne, barwne, erotyczne) stanowi w "Rzeźni..." najistotniejszą opozycję do szarego i brutalnego świata współczesnego, a nade wszystko - czasów wojny. Eksploracja kiczu i s-f jako gatunku literackiego występuje dosadniej w powieści "Śniadanie mistrzów". Tu nazywanie rzeczywistości zostało sprawadzone do dosłownych aktów. Książka pełna jest rysunków i objaśnień, pretendujących do definicji. I tak np. w chwili, gdy niejaki Foover wkłada do ust lufę rewolweru kalibru trzydzieści osiem, pada zdanie: "Rewolwer to przyrząd, którego jedynym przeznaczeniem bylo robienie dziur w ludziach". I tak dalej - można rzec, bo "I tak dalej", to z kolei leitmotiv "Śniadania...". Z rysunków w książce czytelnik dowie się, jak wygląda sztandar "Stanów Zjednoczonych Ameryki, kraju zwanego w skrócie Ameryką", albo Niemiec, z czasów gdy "byli przesyceni szkodliwymi chemikaliami", jak wygląda jagnię, krzesło elektryczne, złoty medal olimpijski, nie mówiąc już o dziurze na zadku. Również i tutaj Vonnegut jest jednym z bohaterów, a Kolgore Trout, jedna z dwóch głównych postaci (autor publikowanych w pornograficznych pismach powieści i opowiadań s-f, co było działalnością absolutnie idealistyczną, za swoje prace nigdy nie otrzymywał honorarium, z jego tekstami wydawcy robili dowolne przeróbki, ozdabiali je ilustracjami nie mającymi nic wspólnego z utworem, i tak dalej) dowiaduje się od swego autora, że został wymyślony na okoliczność tejże książki. Wszystko nie w celu ostatecznego rozdzielenia elementów fikcji od prawdy, a raczej odwrotnie - scalenia. Vonnegut daje swojemu bohaterowi, z którym może przecież zrobić wszystko - wolność i niezależność. Daje swobodę wszystkim bohaterom swoich książek, którzy mu tak wiernie służyli przez lata pracy pisarskiej i znika, koziołkuje w piątce. A jego bohater? Wolny już, uniezależniony od kaprysów autora - który na początku książki, pisanej w roku 1973, zafundował mu nagrobek i wyznaczył rok śmierci na 1981 - jego bohater wołał coraz cichszym, oddalającym się głosem ("Jego głos był głosem mego ojca): >Daj mi młodość, daj mi młodość!<"

W "Rzeźni numer pięć" momentem scalenia dwóch światów, automatycznego i stricte powieściowego, jest epizod pojawiający się w opowiadanej historii najzupełniej niespodziewanie (ponieważ wszystko wskazuje na to, że autor przyodział szaty wszechwierzącego - w tej sytuacji, kiedy dysponuje się najskrytszą myślą bohatera, nie ulega wątpliwości, że jest on postacią fantastyczną). W chwili gdy Billy, już jeniec wojenny przebywający w Dreźnie, udaje się do latryny, widzi w niej mnóstwo Amerykanów, cierpiących srodze z powodu rozstrojonych żołądków. A najbardziej jęczał siedzący na kuble najbliżej Billy'ego. "To był autor tej książki. To byłem ja" - stwierdza Vonnegut. I jakkolwiek by to to jedyne, przypadkowe i niepotrzebne spotkanie autora z bohaterem, miało okazać się wystarczającym świadectwem prawdy. Znaczyło co najmniej: ja tam byłem - wystawiało niejako licencję. Świadczyło o prawdzie nadrzędnej, jaką miała przekazać książka.

XXX

Powszechnie stosowanym zabiegiem eksponującym rzeczywisty problem, jest komizm. Przy czym śmiech to nie tylko maska bezradności, lecz i próba oswojenia świata - konwencja zabawy. "Czemuż, u diabła, między życiem a literaturą istnieje coś w rodzaju muru wstydliwości? Zasiadając do opowiadania lub powieści, pisarz wbije się w sztywny konierzyk i włazi na najwyższą szafę" - napisał Julio Cortazar ("W osiemdziesiąt światów dookoła dnia"). I nieco wcześniej: "Cóż to za wyjątkowe szczęście być Argentyńczykiem, który nie czuje się zmuszony do pisania serio, do bycia serio, do zasiadania przy maszynie w wyglansowanych bucikach i z grobową świadomością powagi chwili". A jeszcze wcześniej pada kwintesencja obu powyższych cytatów z okazji lamentu nad hipokrytyczna mentalnością sudamerykanów), nieomal definicja: "...suma naturalności i humoru składa się na osobowość pisarza". Również Cortazar, ten ptaszek - erudyta, nie stroni od kiczu i sporo swej uwagi poświęca "kopniętym" oraz niezwykłości świata spowodowanej profanacją logiki, potęgą absurdu, wszelkiego rodzaju aberracjom etc. Właśnie w części poświeconej "promienioniu zła", snując rozważania na temat Kuby Rozpruwacza, Cortazar wygrywa melodię afirmacji na najcieńszej strunie. Oto kończąc jeden z akapitów tak umyka od opisu efektów "pracy" Kuby: "...ze względu na wrażliwość niektórych czytelników pozwolę (to) sobie uzupełnić notką, wydrukowaną do góry nogami" - i odnośnik. Na dole kartki wydrukowany rzeczywiście do góry nogami tekst petitem. Nota zawiera beznamiętny i precyzyjny opis wszystkiego co najprawdopodobniej znalazło się w policyjnym raporcie: wykaz sposobów maItretowania zwłok, niewątpliwego rozkoszowania się i zabawiania okrutnymi zabiegami... Włos się jeży. Musi upłynąć spora chwila, nim można spokojnie wrócić do Cortazara (przypis jest cytatem). I co? Zaczyna się właśnie nowy akapit: "Ćwiczenie imaginacji (widzę, że przeczytałeś już notę, bowiem nie uważasz się za osobę wrażliwą) stanie się... Kark cierpnie w tym momencie. Prawie słychać chichot za plecami. Nie bez powodu perfidnie użył określenia "widzę". Nie bez złośliwej satysfakcji wskazał na kicz drzemiący w odruchach szukających podniety i sensacji. Autor - używając jakże trafnej psychologicznie i jakże zarazem prostej sztuczki - nieomal zmaterializował się cieleśnie. Tym diabolicznej, że odsunął moment wyskoczenia z pudełka (co było nieodzowne również dla jego zamaskowania przed myszkującymi po stronicy oczami), zupełnie uśpił zszokowaną bestialstwem Kuby czujność. Zajrzał przez uchylone okno w postaci czystej dygrsji. Odnalazłszy czytelnika w sidłach, jakie na niego zastawił - znikł bez śladu Można teraz spokojnie konstatować konstrukcię sideł, dowodu istnienia autora - kłusownika.

Przeniknięcie dwoch światów opisał Cortazar w krótkim opowiadaniu zatytułowanym "Ciągłość parkow". Tam człowiek czytający książkę staje się w ostatecznym przeznaczeniu, śmiertelną ofiarą bohatera powieści, który zachodzi go ze sztyletem od tylu w czasie lektury tej właśnie książki. Świat zewnętrzny i wewnętrzny przenikają się tu bezwiednie, nieodwracalnie. To jest jeden świat. Jest "ciągłość" między literaturą z życiem, zależność, związek. Wyeliminowany w tym opowiadaniu autor musiał prawdopodobnie znaleźć jeszcze jedno potwierdzenie ciągłości - jako "bohater" swej książki wyskoczyć za plecami czytającego. Ciągłość została udowodniona.

Skrzynka Asi Skrzynka Krzysia

Wszelkie pochwały, peany i zachwyty, a także propozycje współpracy prosimy zamieszczać w Księdze Gości lub przesyłać bezpośrednio do Aśki lub Krzyśka.

Strona Główna   Powrót